Beata Wielopolska w odpowiedziach na pytania pracowników muzeum: Małgorzaty Hałasik i Anny Góry

1. Co dla Pani było inspiracją, aby stworzyć tę przepiękną kolekcję?

Przypadek. Rzeczy na taką skalę chyba nie można zaplanować. A tak bardziej serio, to niewątpliwie prelekcje w Olsztynie, zwłaszcza ta dla dzieci (2006). Miałyśmy wtedy tylko kilka kostiumów, m. in. Arlekina, Dożę i postać ze Środy Popielcowej (odwołuję się tu do cyklu fotografii z 1996/2000), wówczas zaaranżowaną jako Dama, a jednak pobudziły one wyobraźnię naszych słuchaczy – i naszą.

2. Gdyby Pani mogła w kliku zdaniach opisać same początki, czy kolekcja była planowana?

Nie, nie była. Po prelekcji w Olsztynie postanowiłyśmy wreszcie wykorzystać tkaniny już wówczas zgromadzone w Warszawie i „coś” uszyć. Powstały kolejne Arlekiny (te, które później zagrały w „Bębenkach”) oraz kilka Dam, każda inna, ale nie było jeszcze pomysłu na Teatr.

Kolejnym momentem zwrotnym było zaproszenie p. Jacka Bunscha, dyrektora Teatru im. W. Gombrowicza w Gdyni, do partycypacji naszych kostiumów w tzw. „Miesiącu kultury włoskiej” na Scenie Letniej w Gdyni-Orłowie (2007-2008). I tu szok: kostiumy, które do tej pory wykorzystywane były przede wszystkim w sesjach zdjęciowych, miały raptem wyjść naprawdę „na żywo”, na scenę, na molo, miały poruszać się w przestrzeni. Trzeba było więc dokomponować im widok z boku, tyłu, czasem nogi, a przede wszystkim buty! Dyrektor Bunsch zapoznał się z ówczesną kolekcją (było to ok. 20 kostiumów) w Warszawie na przełomie 2006/2007 r., do Gdyni pojechało zaś latem 2007 r. już ok. 50, a rok później (2008) – ponad 80.

3. Jakie utwory literackie, muzyczne czy malarskie stały się kanwą dla Pani pracy lub towarzyszą w Pani życiu?

Mnóstwo. Można by w skrócie powiedzieć, iż żyję sztuką w pełnym znaczeniu tego słowa. Zacznijmy od literatury. Jako nastolatka (a byłam wówczas potężnie oczytana, gdyż to właśnie literatura była moją wieloletnią pasją dominującą absolutnie wszystko) natknęłam się na tom opowiadań Tomasza Manna i z całej światowej literatury nic – w sensie jak najbardziej osobistym – nie przylgnęło do mnie tak, jak „Tonio Kröger”, cytaty z którego udało mi się po latach – kiedy doświadczenia mojego własnego życia pomogły mi do nich dorosnąć – wykorzystać na stronie internetowej www.venetianmagic.com. W tym okresie bardzo też liczył się dramat sceniczny, głównie polskich autorów oraz kinematografia – klasyka światowa i polska.

Jeszcze przed maturą literaturę zaczęło wypierać malarstwo, a wyjazd z Polski w 1982 r. otworzył mi drogę do wszystkich liczących się galerii sztuki, nie tylko w Europie, ale i w Nowym Jorku czy Waszyngtonie.

Post-impresjoniści, symboliści (do nich zaliczam późnego Claude Moneta – serie lilii wodnych), prerafaelici, secesja belgijska, austriacka i czeska, wczesny ekspresjonizm (zwłaszcza tzw. Blauer Reiter/Błękitny Jeździec), Modigliani i Chagall ze „Szkoły paryskiej”, Giorgio de Chirico i jego „pittura metafisica”, surrealiści z Salvatorem Dali na czele – tym żyłam jako studentka historii sztuki w Wiedniu. Bywało, że potrafiłam siedzieć nocą w pociągu między Monachium a Hamburgiem (oszczędzając na kosztach noclegu), tylko po to, aby następnego dnia rano wejść do galerii, lub na wystawę… W Londynie w 1986 r., dojeżdżając do niego prawie dwie godziny w jedną stronę tanią linią autobusową, siedziałam właściwie tylko w galeriach: w Tate Gallery (stąd też moja ogromna fascynacja Williamem Turnerem, Williamem Blake, prerafaelitami i generalnie malarstwem angielskim XIX w.) oraz w National Gallery, która ma zbiory tak nieprawdopodobnie bogate, że najlepiej było „posiedzieć” za każdym razem zaledwie w kilku salach.

Podobnie było w Paryżu. Niekończące się maratony po mieście (jako że Paryż to nadająca ton Europie koncepcja urbanistyczna z początków 2 połowy XIX w., niezliczone galerie, wystawy… Trzy razy w życiu udało mi się pojechać do Giverny, żeby zobaczyć na żywo świat lilii wodnych Moneta, i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś ponownie wejdę do paryskiej Oranżerii, w której eksponowane są najbardziej unikatowe płótna z tego cyklu, tworzące ulotny mikrokosmos. Zaś pulsującą energią „Gwiaździstą noc” van Gogha, której reprodukcja wielkości znaczka pocztowego (!) przykuła moją uwagę jeszcze w Polsce, udało mi się, prawie dwadzieścia lat później, wreszcie zobaczyć w Museum of Modern Art w Nowym Jorku. Obaj zresztą, van Gogh i Gauguin, zawsze byli w czołówce moich ulubieńców, podobnie jak wczesny Picasso, zwłaszcza jego „okres błękitny”. No i oczywiście Edward Munch: do dziś pamiętam, jak piorunujące wrażenie zrobił na mnie przed laty jego słynny „Krzyk”.

W końcowym okresie studiów miałam też okres ogromnej fascynacji Jackiem Malczewskim, o którym nawet, w kontekście malarstwa europejskiego, chciałam pisać pracę doktorską. Natomiast pracę magisterską napisałam o nastroju i symbolizmie pejzażu w malarstwie europejskim ok. 1900 (Zur „Stimmungslandschaf” um 1900. Ein Versuch). Dzięki temu mogłam zrobić krok w stronę wcześniejszej epoki – romantyzmu i umieścić w tej pracy jeszcze jedną fascynację: Caspara Davida Friedricha i jego puste, bądź skontrastowane niewielką, samotną sylwetką ludzką pejzaże. Artystę tego uznaje się dziś za niezaprzeczalnego prekursora malarstwa współczesnego. A stąd już tylko krok ku abstrakcji (i medytacji!): Mark Rothko – kolejna fascynacja jeszcze ze studiów oraz pobytu w Londynie w 1986 r.

Aż wstyd się przyznać, że w tzw. Starych Mistrzach rozsmakowałam się dopiero jako człowiek dojrzały, aczkolwiek ścieżkę ku temu wytyczył egzamin ustny podczas obrony pracy magisterskiej, obowiązkowo z epoki nie związanej z samą pracą. Wybrałam malarstwo, rzeźbę i architekturę florenckiego Quattrocento. I było to olśnienie.

Dzisiaj, inaczej niż wówczas, przyglądam się pejzażowi miejskiemu, przestrzeni miejskiej – albo też rozległym, wyludnionym przestrzeniom, takim jak morze, plaża – i to właśnie w nich szukam miejsca i scenografii dla mojego Teatru.

A muzyka? Była mi przez wiele lat raczej obca, z wyjątkiem muzyki filmowej. Dziś jest zupełnie odwrotnie. I to właśnie muzyka była inspiracją dla niektórych kostiumów. Tutaj najciekawszym projektem są tzw. Skrzaty, które „wyzwolił” chór otwierający „Carminę Buranę”.

I jeszcze o fascynacjach: Luchino Visconti, „Śmierć w Wenecji” – i znowu Tomasz Mann, choć już nie Tonio Kröger, lecz inny bohater: starzejący się Gustav von Aschenbach, artysta (u Manna pisarz, u Viscontiego kompozytor), który idąc tropem zakazanej miłości, estetyzując i poszukując ideału, umiera w Wenecji na Lido, na jednej z plaż. A do tego uporczywie powracające Adagietto z V Symfonii Gustava Mahlera! Dziś, w zwłaszcza w kontekście Teatru właśnie to dzieło wydaje się być kwintesencją tego, czego sama poszukuję.

4. Czy sztuka jest powiązana z wydarzeniami z Pani życia osobistego? Jeśli tak, to proszę napisać coś więcej.

Znaczna część mojej biografii została podporządkowana sztuce, co pobrzmiewa już powyżej.

Wyjechałam z Polski w 1982 r. korzystając z okazji – jako laureatka Ogólnopolskiej Olimpiady Języka Niemieckiego zaproszona do Wiednia. W stanie wojennym istniała uzasadniona obawa, iż mogę spędzić życie w kraju o zamkniętych granicach i, podobnie jak moi rodzice, nigdy nie zobaczę arcydzieł światowego malarstwa. Mając wolny wybór kierunku, rozpoczęłam w Wiedniu studia na wydziale historii sztuki, gdyż ten najbardziej mnie interesował.

I wreszcie, w 1986 r. w Londynie weszłam na wystawę malarstwa skandynawskiego pt. „Dreams of a Summer Night. Scandinavian Painting at the Turn of a Century”/”Marzenia o nocy letniej. Malarstwo skandynawskie na przełomie wieków”/ w Hayward Gallery, co ponownie stało się punktem zwrotnym w moim życiu. Stojąc wśród tych niezwykłych płócien nie mogłam uwierzyć, że ich nastrój jest mi bliższy niż nastrój dzieł francuskich, włoskich czy nawet niemieckich. Po roku, latem, po raz pierwszy pojechałam na Północ i zobaczyłam te puste pejzaże i wielkie białe chmury na niemal jaskrawo niebieskim firmamencie. Skandynawia, ze względu na klimat, charakteryzuje się zupełnie innym nasyceniem barw niż Europa kontynentalna (są one zdecydowanie bardziej jaskrawe), czymś co w malarstwie Skandynawów, przede wszystkim Norwegów, tak bardzo krytykował mistrz kolorystycznych niuansów Claude Monet.

Wkrótce – jesienią, zimą, na wiosnę i ponownie latem – już na stypendiach, spędziłam kilka miesięcy w Helsinkach i w Oslo, szukając powiązań zarówno formalnych, jak i tematycznych pomiędzy malarstwem skandynawskim a polskim (jak również, jeśli chodzi o pejzaż, rosyjskim). Wkrótce zrozumiałam fenomen tzw. peryferiów (niem. „Randgebiete”) i ich wybiórcze rezonowanie na prądy z tzw. centrum, z ośrodków nadających ton ówczesnej sztuce (głównie Paryż, wcześniej także Monachium, a później i Wiedeń), co w porównywalnej sytuacji społeczno-politycznej może dać efekt duchowego pokrewieństwa obszarów odległych od siebie.

5. Z jaką porą roku Pani się identyfikuje i dlaczego?

Na pewno nie z zimą – zawsze marznę i nienawidzę ciemności. Helsinki i Oslo były zimą zabójcze, z trudem to przetrwałam. Uwielbiam wiosnę, kwiecień-maj oraz wczesną jesień, wrzesień-październik. Czyli światło, kwitnienie i zapach, a jesienią promienie słoneczne padające już pod innym kątem oraz mieniące się kolory. Za latem nie przepadam, chyba że mogę znaleźć się nad morzem w niezbyt gorącym i suchym klimacie, aby posiedzieć i posłuchać: uwielbiam szum fal morskich – o każdej porze roku.

6. Bardzo prosimy opisać Pani relacje z Mamą (pod względem artystycznym). Czy mają Panie takie same zainteresowania artystyczne?

Mama ma niemal identyczne zainteresowania artystyczne jak ja. Ceniłyśmy i cenimy te same dzieła literackie i filmowe, przemawiają do nas te same dzieła sztuk plastycznych czy architektura. Pamiętam jak pisałam pracę magisterską i jak wspaniale Mama interpretowała wybrane przeze mnie pejzaże. Tylko muzyka wcześniej stanowiła barierę. To ja nie byłam w stanie wiele lat temu dzielić jej pasji muzycznych. Muzyka wzbogaciła moje życie tak naprawdę dopiero koło czterdziestki i jako że nie mam żadnego wykształcenia muzycznego, chętnie konsultuję się z Mamą, która ze swojej strony atestuje mi dużą wrażliwość i wyobraźnię muzyczną. To właśnie moja wyobraźnia muzyczna pozwoliła stworzyć Teatr Muzyki i Maski „VENEZIA”, coś, o czym Mama tak chętnie opowiada profesjonalistom ze świata muzyki.

7. Kim Pani Mama jest z wykształcenia?

Muzykologiem.

I jako samouk – fotoreporterem, czynnym w latach 70-tych, najczęściej we współpracy z prawdziwym mistrzem pióra, cenionym dziennikarzem Andrzejem Wielopolskim – swoim mężem (zm. w 1978 r). Stanowili świetny tandem.

Ma też dyplom mistrzowski z krawiectwa uzyskany wkrótce po wojnie, a marzyła wówczas o szyciu kostiumów …teatralnych!

8. Proszę opisać udział Pani Mamy w projekcie kostiumów.

Niektóre prace Mama wymyśliła i wykonała zupełnie sama, zwłaszcza suknie dam, pierwszego Dożę (z okazji balu sylwestrowego w Warszawie w 1999/2000), jak również znakomitą większość Arlekinów. Pierwszy z nich został wykreowany z myślą o naszym nostalgicznym powrocie do Wenecji jesienią 2001 r. i to właśnie on stał się bohaterem samotnej wędrówki po tym mieście, uwiecznionej przeze mnie w cyklu zdjęciowym pt. „Arlekin w Wenecji”. To Mama pozowała do tych zdjęć: na jednym z nich, pod maską, można rozpoznać jej oczy.


I tak jak Mama najczęściej „rzucała” pierwszy szkic kostiumu, od razu w formie uszytej kreacji, tak ja byłam odpowiedzialna za dopracowanie szczegółów: dobór masek, rekwizytów, butów, rękawiczek i ...za stworzenie postaci. Niektóre kostiumy tworzyłyśmy razem, zwłaszcza gdy chodziło o bardziej skomplikowane nakrycia głowy, a te są najtrudniejsze! Trudno tu jednak mówić o typowym projektowaniu: nie robimy rysunków. Nie mamy też krojów. Po prostu jest tkanina, są akcesoria, tak więc wspólnie patrzymy, co się z tego da zrobić. Zwłaszcza że do dyspozycji nie raz była tylko jakaś resztka materiału, a Mama jest niedościgniona w tego typu przeróbkach i kombinacjach. Wspólnie też przestudiowałyśmy tysiące zdjęć weneckich kostiumów, zarówno tych bardziej historycznych, jak i współczesnych. Niektóre z nich są piekielnie trudne do wykonania. Tacy też byli nasi Kosmici niosący na szyjach potężne „talerze” ze sztucznych liści, koralików i bombek; praca nad jednym z nich potrafiła zająć ponad tydzień czasu. Tych z kolei wymyśliłam i wykonałam ja, suknie i chusteczki na głowę oczywiście uszyła Mama.

Czasem inspiracją była jakaś suknia z epoki na XVIII lub XIX-wiecznym płótnie, czy choćby kapelusik pani Eweliny Hańskiej w „Wielkiej miłości Balzaka” , czy nakrycie głowy Barbary Radziwiłłówny, gdzie sznury pereł opływają twarz. To wszystko Mama. A ja? Wróćmy do Barbary Radziwiłłówny: w Warszawie udało mi się nieoczekiwanie kupić sztuczne fioletowe róże o niezwykłym nasyceniu koloru, a do tego prześliczne blado-fioletowe małe różyczki. Wkrótce po tym kupiłam w Wiedniu równie niezwykłą fioletową tkaninę, co szybko pozwoliło nam dokończyć ten projekt. Kiedy wyszłam w tej sukni na Plac św. Marka podczas karnawału w Wenecji w 2007 r., kreacja ta natychmiast zwróciła na siebie uwagę telewizji szwajcarskiej.

Natomiast Requiem, Wdowy i Skrzaty, jak również Meduzy były moimi pomysłami. Tutaj inspiracją była albo muzyka, albo sama tkanina, zwłaszcza w przypadku Meduz.

9. Co Pani miała na myśli projektując poszczególne grupy takie jak: „Meduzy”, ”Woda”, „Para młoda”, „Cztery pory roku” (co Panią w tym wypadku inspirowało?).

Myśl o Meduzach przyszła w ciągu sekundy na widok szyfonowej tkaniny z wijącymi się złotymi i srebrnymi akcentami, a mitologiczne skojarzenia nosi w sobie, tak myślę, każdy z nas – tu wkraczamy w pojęcie archetypu. Sens całego projektu dopełnił się jednak nad Bałtykiem, kiedy Meduzy –Srebrna i Złota pojawiły się boso na zalewanej falą morską plaży, na kamieniach czy wręcz w samym morzu. Ich maski to może nie tyle nieprzeniknione i nieodgadnięte, co skamieniałe, zastygłe twarze.

Pomysł na Wodę uszlachetnił ciężką zielono-niebieską tkaninę, rodzaj kotary; wystarczyło dodać lamówki, kilka warstw zielono-niebieskich kryz z tiulu (oczywiście tym bardziej z lamówkami), rekwizyty i …odpowiednio sfotografować nad Bałtykiem, również podczas lekkiej mżawki, wykorzystując jako tło niuanse przygaszonych barw. Tam też bardzo przydała się trzecia Woda, zdominowana przez wspaniałą turkusową kolorystykę: tkaninę sukni, tiule, koraliki i migoczące, transparentne cekiny… Myślałam oczywiście o poważniejszym projekcie, o Czterech żywiołach, ale na razie nie udało mi się go zrealizować.

Młoda Para powstała po dodaniu do tzw. Śnieżynki (nazwa była odniesieniem do śnieżno-białej pelerynki, wykończonej sztucznymi kwiatami, którą nosiła ta postać) męskiego towarzysza i sfotografowania obojga zarówno w Wenecji, w konwencji podróży poślubnej w gondoli, jak i nad Bałtykiem, na molo w Gdyni-Orłowie, gdzie wiatr szarpie biały welon tej kruchej, ulotnej dziewczyny… Był to jeden z pierwszych projektów, gdzie za wszelką cenę chciałam stworzyć kontekst sceniczny i narrację. W grupie tej jest nawet, choć sporadycznie, trzecia postać: zazdrosny Arlekin. Jednak sens całej opowieści to znowu śmierć w Wenecji: proszę zwrócić uwagę, iż na ostatnim zdjęciu z tego cyklu pt. „Pożegnanie” nie ma już Śnieżynki, a samotny Pan Młody zamierza wrzucić do wody pozostały po niej kosz z kwiatami. W tle rozpoznawalna jest wyspa San Michele, wenecka Wyspie Umarłych, na której znajduje się główny cmentarz miasta, i na którą płynie się łodzią przez wody laguny jak poprzez Styks do Hadesu…

Cztery pory roku to nasz najbardziej rozbudowany – i najbardziej kosztowny – projekt, od razu pomyślany na scenę. Wszystkie tkaniny i akcesoria zostały specjalnie zakupione. Pierwszą postacią cyklu była Pani Jesień (stworzona jeszcze jako pojedyncza postać), zainspirowana jaskrawo miedzianym kolorem brokatowych liści oraz podobnym kolorem satynowej tkaniny, z której uszyta została jej suknia. Stopniowo zdecydowałam, że chciałabym mieć tu cały cykl, wiosnę, lato, jesień i zimę, i to nie jako pojedyncze postacie, ale co najmniej dwu-trzy osobowe grupy. I tak się stało. W tle tego projektu cały czas były „Cztery pory roku” Vivaldiego, tyle że w wykonaniu flecistki Jadwigi Kotnowskiej. Te kostiumy chciałabym kiedyś zobaczyć na scenie jako ruch baletowo-pantomimiczny do tegoż właśnie koncertu.

10. Proszę napisać coś więcej o śmierci Arlekina.

Sama nie wiem, czy to śmierć Arlekina, czy też – Śmierć w Wenecji. Prawdziwa, jak w przypadku Richarda Wagnera, czy wykreowana, jak u Tomasza Manna i Viscontiego; śmierć jakiejś tragicznej teatralnej czy filmowej postaci. Arlekina? Gustava von Aschenbacha, któremu u Viscontiego w scenie śmierci na Lido zaczyna rozpływać się makijaż, czyniąc go groteskowo żałosnym? I ma on w sobie coś z aktora, który właśnie skończył grać swoją rolę, któremu ten makijaż nie jest już potrzebny.

Polska publiczność z pewnością pamięta też Zdzisława Maklakiewicza, podstarzałego instruktora tańca w „Polskich drogach”, który, zmuszony do wysiłku ponad swoje siły, umiera tańcząc „Karnawał” Schumanna. Jako Arlekin? Nie. Jako alter ego samego kompozytora.

Takie obrazy zapadają w pamięć niezwykle głęboko, potrafią latami tkwić w podświadomości, aby nieoczekiwanie ujawnić się w innej formie. Mowa tu o archetypach oraz o psychice, zarówno tej indywidualnej, jak i zbiorowej.

Nasza śmierć w Wenecji to przede wszystkim śmierć postaci ze „Środy Popielcowej”, którą w lutym 1996 r., faktycznie w dzień Środy Popielcowej (stąd tytuł), tak świetnie zagrała Mama oraz …wiatr i gołębie. To śmierć postaci, która w finale krótkiej wędrówki po piazetta upada w niszy na dziedzińcu Pałacu Dożów. Na szczęcie udało się to zapisać w cyklu zdjęciowym, a ten, przetworzony kilka lat później w monochromatycznej kolorystyce z dominantą złamanego różu, stał się poruszającą opowieścią.

Mniej dosłowna jest śmierć Śnieżynki, której raptem brakuje na ostatnim zdjęciu cyklu fotografii „O Młodej Parze”. Jej ciało spoczywa już na weneckiej Wyspie Umarłych, która widnieje w tle…

Ale wróćmy do śmierci Arlekina. Jego śmierci, dosłownej czy domyślnej, nie udało nam się – na razie – zainscenizować, choć istnieje taki zamysł: samotny Arlekin z rozbitą maską, która leży u jego stóp. Arlekin-aktor, który już nic nie przedstawia i – jest niepotrzebny.

Udało nam się jednak zrealizować nieco inną, zupełnie niepowtarzalną koncepcję, przenosząc całą Rodzinę Arlekina (Arlekin, Kolombina i dwójka Dzieci) w wymiar metafizyczny, transcendentalny.

W Gdyni-Orłowie zainscenizowałam Rodzinę Arlekina w 2008 r. w wersji allegro, głównie na molo, ale i na plaży, w co świetnie wpisywały się zarówno jej pogodna kolorystyka, jak i współtworzące ją postacie figlarnych dzieciaków. Dwa lata później, dzięki nietypowej zielono-czarnej tkaninie, cała czwórka pojawiła się – i tu zostawmy odbiorcy pole do interpretacji – w żałobie, bądź …po śmierci. W żałobie po śmierci samych siebie? Kolombina nosi czarny, a więc żałobny fartuch, czerń mocno dominuje w nakryciach głowy, a czarna gipiura pojawia się we wszystkich detalach. Do tego jaskrawa zieleń – jak na wiosnę. To drobne kokardki i dzwoneczki. Nieśmiała zapowiedź nowego życia? A maski? Otóż wszystkie pozostały przerażająco puste i …białe. Białe też są rękawiczki. Grupa ta robi piorunujące wrażenie. Jestem pewna, że nikt nigdy tak nie przedstawił Arlekina i Kolombiny. To zupełne oderwanie się od pierwowzoru i świadome nawiązanie do niejednoznacznej etymologii słowa „maska” (wł. „maschera”, łac. „larva”) – bowiem „larva” może oznaczać duszę zmarłego, a jej typowym kolorem jest biel…

Kredowa biel pustych masek, których magia polega na dwuznaczności, towarzyszy nam od owej Środy Popielcowej z 1996 r., kiedy to tak samo nazwana, samotna postać Środa Popielcowa, ubrana w słynną historyczną wenecką maskę o nazwie bautta – dla nas symbol śmierci, upada w niszy na dziedzińcu Pałacu Dożów. Śmierć w Wenecji.


Tekst autorski: Beata Wielopolska,
Środa Wlkp. i Warszawa,
listopad 2014 - styczeń 2015